Emma Jeleńska
(Dmochowska)
MATKA
W powieści, której druk zaczynamy, Autorka daje na początku obraz, poczerpnięty z prastarych dziejów. Przeprowadzi ona później analogią kobiety z doby dzisiejszej, matki, rodzicielki, zapatrzonej w przeznaczenie swego istnienia na ziemi, z ową kobietą z zamierzchłych dni. W jaki sposób współczesna »matka« pojmie swój obowiązek, czy będzie typem osamotnionym w społeczeństwie, czy ogólniejsze nosić będzie piętno — osądzicie same, Sz. Czytelniczki.
NIEGDYŚ.
Był poranek letni, rosisty i pachnący. Słońce jeszcze nie weszło. Tylko zorza różowa malowała się na niebie i różami obrzucała zmarszczone fale jeziora.
Spał jeszcze zwierz po swych legowiskach. Spali i ludzie w jaskiniach. Tylko ptaki zawiodły już po gałęziach swoją ranną pieśń — i gwarno już było wśród krzaków i pnączów prastarego lasu.
I prastary las szumiał i śpiewał także. Po wierzchołkach jego drzew przelatywał wiatr, a wtedy gałęzie coś głośno i długo gadały. A odpowiadały im z dołu krzewy, i trawy splątane, i nawet małe kwiatki przyziemne.
A gadały wszystkie nietylko szumem swych liści i gałęzi szelestem — lecz i falami woni, które sobie wysyłały wzajemnie. I cały las prastary był, jak rozkołysana kadzielnica, z której w niebo płynie modlitewny aromat.
Kwiaty wielkie, purpurowe i złote spadały cicho z wysokości na aksamit traw.
Wzdychając, wody jeziora kładły się na piasku nadbrzeżnym — odpływały — i wracały znowu, srebrem bramowane — perliste — chłodne — liżąc kamyki i kołysząc trzcinami u brzegu — i także coś gaworząc i snując długą, nie skończoną nigdy opowieść.
Słońce wsiawało zwolna.
A człowiek jeszcze spał.
Lecz oto z otworu jaskini, zarzuconego kolczastemi gałęźmi w obronie przed zwierzęciem dzikiem, wysunęła się główka. Dwie rączki, ciemną skórą pokryte, zaczęty uważnie i szybko rozsuwać kolczaste gałęzie i torować sobie drogę. I po chwili, na kolanach i na dłoniach się opierając, wypełzła z otworu cała postać ludzka.
Młoda Ewa pierwsza powitać szła wschodzące słońce i odetchnąć letnim porankiem.
Wypełzła przed jaskinię. Przez chwilę mrużyła powieki przed światłem. Aż wyprostowała się i stanęła. Naga była zupełnie — drobna i chuda. Złotawy meszek pokrywał jej ciało i jakby leciutką szatą je przysłaniał. Z głowy spływał splątany, lecz bujny i długi po pas, włos jasny.
Przeciągnęła się rozkosznie — oczy dłońmi przetarła — spojrzała dokoła siebie — spojrzała w górę, na niebo. — I naraz, nową jakąś myślą tknięta, biec zaczęła w dół, ku wodom jeziora. Biegła szybko i lekko stromą ścieżyną, bose stopy swe stawiając bez wahania na kamykach i gałązkach. Aż nad samą wodę przybiegłszy, zatrzymała się przez chwilę, rozejrzała się dokoła — i z wysokiego brzegu śmiało do jeziora wskoczyła.
Plusnęło. Iskrami do góry wystrzeliła srebrna fala. Szerokiemi kręgi rozlały się barwy różowe i złote po wodzie — zatrzęsły się trzciny u brzegu. Gromadka jaskółek zerwała się i z krzykiem pierzchnęło. — A jasna gilowa i para ramion silnych mknęły już daleko po jeziorze, zostawiając tylko za sobą błyszczącą, migotliwa smugę.
Co rano od niejakiego czasu młoda Ewa wymykała się z macierzystej jaskini i biegła na brzeg jeziora. Gnała ją tu jakaś dziwna ponęta. Ta woda chłodna i czysta tak mile łechtała jej ciało! Taki rozkoszny w niem wzbudzała dreszcz! A po skończonej kąpieli, ta trawa zielona, miękka, pachnąca, kwiatami usiana — jakąż niezrównaną a codzień nową sprawiała przyjemność! Wyciągnięta na niej, wtulona w nią, leżała Ewa godzinami,
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 Nastepna>>


